Rozmowa z Anną Kazik działa na człowieka jak zastrzyk endorfin. Czy pytam o historię jej biznesu, czy o problemy, czy dalsze plany – uśmiech nie schodzi jej z twarzy.  Jak sama mówi, to właśnie klucz do jej sukcesu – pozytywna energia i pasja do zawodu. Przeczytajcie naszą rozmowę!

Do Anglii przyjechałaś jeszcze zanim skończyłaś szkołę w Polsce, prawda?

Tak; przyjechałam, mając 17 lat, razem z moją mamą. Wcześniej, w Polsce, chodziłam do liceum plastycznego, miałam duszę artystki i ogromne ambicje. Przyjeżdzając do Anglii słabo znałam język, zajęłam się najpierw poprawieniem moich umiejętności komunikacyjnych i ukończyłam Level 1 z angielskiego.

Zaraz potem zaczęłam rozglądać się za szkołą. W międzyczasie podjęłam pracę w fabryce, by odłożyć na studia. Moja mama zawsze powtarzała mi, żebym robiła wszystko, by być samodzielną i nie pracować na etacie. Dzięki jej dopingowi i wewnętrznej determinacji miałam więc cel: odkładać pieniądze na realizację swoich planów.

Wiedziałaś, że zostaniesz kosmetologiem?

Chyba od zawsze. Już mając 14 lat, zajmowałam się stylizacją paznokci i naprawdę to uwielbiałam. Jako że miałam zdolności manualne i fantazję, wychodziło mi to świetnie. W Anglii poszłam więc na kosmetologię. Już na drugim roku studiów postanowiłam otworzyć swój mały salon. Nie miałam zbyt dużo pieniędzy, jednak z pomocą rodziców zebrałam wystarczająco, by wynająć mały pokoik, w którym przyjmowałam klientki na stylizację paznokci oraz zabiegi pielęgnacyjne twarzy.

W pewnym momencie praca w fabryce dała mi się we znaki i przypłaciłam ją zdrowiem; przepuklina i wysunięty dysk uniemożliwiały mi chodzenie na zajęcia. Potrafiłam zemdleć w trakcie robienia komuś masażu. Miałam więc operację, po której lekarz zalecił mi 6 tygodni rekonwalescencji. Wiedziałam, że to konieczne, jednak byłam zdeterminowana, by ukończyć szkołę, a do końca roku zostały dwa miesiące. Całe szczęście, dyrektorki umożliwiły mi powtórzenie materiału i zaliczenie zaległych zajęć.

Po zakończeniu rekonwalescencji przez ostatnie dwa tygodnie codziennie chodziłam do szkoły, zaliczając zaległe praktyki i egzaminy i w końcu udało mi się wyrobić ze wszystkim w dwa tygodnie. Powiedziałam, że na zakończenie roku już nie przyjdę, bo byłam wykończona. Jednak nauczycielki nalegały – okazało się bowiem, że zostałam nagrodzona za wytrwałość i upór, by skończyć rok wraz z innymi studentami. To dało mi dalszą energię do działania. Uświadomiłam sobie, że mogę zrobić wszystko, co sobie założę.

Kiedy otworzyłaś swój obecny biznes?

Po ukończeniu szkoły. Wtedy już drugi rok prowadziłam swój mały salonik, ale postanowiłam zrealizować projekt, który miałam w swojej głowie już od dawna. Salon z prawdziwego zdarzenia, zaplanowany i urządzony tak, jak chcę. Kiedy więc dostałam klucze do nowego budynku, zrobiłam w nim rewolucję, łącznie z wyburzaniem ścian, podwieszaniem nowych sufitów i instalacją systemu oświetlenia. Miałam na to miesiąc i, oczywiście, dałam radę.

Jak wyglądały początki Twojego salonu?

Na samym otwarciu było u mnie aż 30 osób i to takich, jakich się nie spodziewałam. Zaczynałam bardzo skromnie – robiłam paznokcie, zabiegi pielęgnacyjne na twarz i ciało, pedicure, i masaże. Miałam też maszynę do mikrodermabrazji, która jeszcze kilka lat temu była absolutnym hitem. Początkowo chciałam wszystko robić sama, jedna już wkrótce zatrudniłam pierwszą osobę – recepcjonistkę. Od tamtego czasu pracowało u mnie wiele osób, w tym sporo praktykantek. W tej branży jest zawsze dużo chętnych do pracy, choć nie wszystkie wybierają w końcu pracę w niej.

Jak myślisz, dlaczego tak jest?

Z kilku powodów. Przede wszystkim, bycie kosmetologiem nie jest tym, czym się wszystkim wydaje. Trzeba lubić pracę z ludzkim ciałem, a wiele osób nie potrafi przyzwyczaić się do obcowania z czyjąś skórą, nieraz ze zmianami na niej. A nie można przecież dobrze zająć się klientką, jeżeli brzydzimy się np. wyciskać pryszcze. Dlatego wiele dziewczyn wybiera np. tylko stylizację paznokci.

Z czym najtrudniej było Ci się zmierzyć na samym początku?

Przede wszystkim, z brakiem pieniędzy. Niby piszesz biznesplan, w którym wszystko wygląda dobrze, ale zawsze musisz liczyć się z tym, że zarobisz mniej, niż się spodziewasz. Miałam to szczęście, że w najgorszym wypadku mogłam liczyć na wsparcie rodziców, jednak zanim mój biznes ruszył pełną parą, musiałam sobie narzucić żelazną dyscyplinę. To oznaczało kontrolę wszystkich wydatków i oszczędności, czyli np. „nie mogę sobie teraz kupić tej bluzki, bo za chwilę muszę opłacić czynsz”.

To nie każdy potrafi, a przecież w biznesie to podstawa.

Zgadza się. Ale trzeba w sobie znaleźć tę siłę woli. Jeżeli coś budujesz i chcesz mieć z tego w przyszłości korzyści, zawsze musisz ponieść jakieś wyrzeczenia teraz, coś poświęcić. Całe szczęście, zawsze byłam dobra w ustalaniu priorytetów.

Kolejnym wyzwaniem był język. Przychodziło do mnie sporo klientów mówiących z irlandzkim akcentem. Mój angielski był już dobry, ale nie na tyle, bym wychwyciła od razu wszystko, co mówili.

Czy trzeba skończyć kosmetologię, by wykonywać Twój zawód?

Żeby dobrze wykonywać mój zawód, nie wystarczą nawet studia. Najważniejsza jest praktyka i tu zaczynają się schody, bo przecież eksperymentujemy na ludzkim ciele. Przykładowo dla mnie największym wyzwaniem były brwi. Wiedziałam, że jednym nieprecyzyjnym ruchem mogę całkowicie zmienić czyjś wyraz twarzy.

Od samego początku też wiedziałam, że chcę dać moim klientom najlepszy możliwy poziom usługi. Już w czasie studiów potrafiłam niektóre kursy robić po dwa razy – w Polsce i w Wielkiej Brytanii, żeby mieć pewność, że z danej dziedziny wiem naprawdę wszystko. Również teraz każdą wolną chwilę poświęcam na dokształcanie się, robię kolejne kursy, jeżdżę na szkolenia.

Na rynku jest ogromna konkurencja, jeżeli chodzi o branżę beauty. Jak to się dzieje, że jedne salony odnoszą sukces, a inne nie?

Tak jak mówiłam wcześniej, do tej pracy trzeba mieć pasję. Mam klientki, które są ze mną od początku otwarcia salonu, bo traktuję je tak, jak sama chciałbym, by ktoś się mną zajął. Przychodząc do mnie płacą nie tylko za sam zabieg, ale też atmosferę, relaks i pewien luksus oraz przede wszystkim – profesjonalizm i troskę.

Masz więc idealne podejście jak na biznes związany z obsługą klienta.

Uwielbiam pracować z ludźmi. Kiedy przychodzi do mnie smutna czy naburmuszona klientka, zawsze wychodzi z uśmiechem. To po prostu coś, w czym jestem dobra – poprawianiu ludziom nastroju. Pracując w branży beauty, nie możemy koncentrować się jedynie na wyglądzie zewnętrznym naszej klientki. Rola kosmetyczki czy kosmetologa jest przede wszystkim taka, by poprawić jej samopoczucie, dodać pewności siebie. Od zawsze miałam takie podejście i zatrudniając kogokolwiek, szukam osoby nadającej na podobnych falach.

W jaki sposób rozwinęłaś swoją firmę od początku jej istnienia?

Łatwiej byłoby chyba powiedzieć, w którą stronę jej nie rozwinęłam. Z roku na rok dokupuję nowe maszyny do zabiegów z ultradźwiękami, falami radiowymi, jeżdżę na targi kosmetyczne w poszukiwaniu najlepszych produktów z naturalnych składników. Na jednym z takich wydarzeń trafiłam na zabiegi z wykorzystaniem kosmetyków zawierających 24-karatowe złoto firmy Aphrodite.

To naprawdę czyste złoto?

Zgadza się. Jako że ludzki organizm również zawiera śladowe ilości złota, nasza skóra przyjmuje je bardzo naturalnie. Byłam zachwycona! Nigdy wcześniej nie widziałam takich efektów na skórze. Była wspaniale rozświetlona, dotleniona i rozjaśniona do stopnia, jakiego nigdy nie widziałam przy użyciu innych kosmetyków. Wiedziałam, że muszę to mieć w moim salonie. Nie jest to tani zabieg, ale od dawna chciałam wprowadzić coś bardziej luksusowego. Wkrótce jednak rozbudowałam swój plan jeszcze bardziej.

Niedługo po moim pierwszym zetknięciu się z marką Aphrodite, wygrałam konkurs i pojechałam na Słowenię, by spotkać się z producentem. Podczas mojego pobytu przekonałam do siebie zarząd, przedstawiłam ofertę i… dwa miesiące później zostałam wyłącznym dystrybutorem Aphrodite na Wielką Brytanię. W tej chwili, po pięciu miesiącach współpracy, moimi klientami jest już kilkadziesiąt salonów na terenie UK.

Wygląda na to, że realizujesz wszystko, co sobie postanowisz.

Tak było od zawsze. Od początku, gdy założyłam swój biznes, przeszłam długa i wyboistą drogę i wiem na pewno, że nie ma rzeczy, której nie mogłabym osiągnąć, gdy jestem wystarczająco zmotywowana. Nigdy nie myślałam o biznesie na zasadzie po prostu posiadania go – nie. Zawsze coś ulepszam, rozbudowuję, zmieniam; coraz wyżej ustawiam poprzeczki. Nie tylko ja, zresztą; od niedawna pracuje ze mną moja mama, która po ukończeniu kursów świadczy usługi fryzjerskie, a za cztery miesiące również kończy kosmetologię. Jest więc moją prawą ręką w biznesie, dzięki czemu… będę mogła pozwolić sobie od czasu do czasu na przerwę.

Wspominałaś coś o „drugim domu”

Niedawno wróciłam z pobytu w Tajlandii, gdzie spędziłam trzy tygodnie. Klimat i brak słońca w Wielkiej Brytanii odbił się w końcu na moim samopoczuciu do tego stopnia, że stawało się to nawet widoczne dla moich klientek.

Potrzebowałam przerwy, pojechałam więc do Dr Manty, która w ciągu 3 tygodni kompletnie mnie odbudowała dzięki kompleksowej terapii mieszanką ziół, hormonów i zmiany stylu życia. Podczas pobytu w Tajlandii uświadomiłam sobie, że angielski klimat nigdy nie będzie odpowiedni dla mojego zdrowia. Mam więc plan, by zacząć tam jeździć częściej.

Co nowego chcesz wprowadzić teraz do swojej firmy?

Z Tajlandii wróciłam całkowicie odmieniona; jeszcze w tej chwili jestem nabuzowana energią. Teraz chcę zaoferować coś podobnego moim klientkom. Niedługo wybieram się znów do Południowej Azji, by nawiązać stałą współpracę z Dr Mantą.

Nie boisz się wprowadzania kolejnej nowości?

Ja niczego się nie boję.

 

Z Anną Kazik rozmawiała

Izabela Jutrzenka Trzebiatowska