fbpx

W dzisiejszej odsłonie cyklu Biznes Na Szpilkach moim gościem jest Agnieszka Opolska – artystyczna dusza żyjącą w dwóch światach:  brytyjskiej rzeczywistości edukatorki dziecięcej oraz w świecie swojej literackiej i malarskiej fantazji. Zapraszam!

Mówisz, że przyjechałaś tu z planem, ale chyba nie do końca spodziewałaś się, jak potoczy się twoja historia?

To fakt. W Wielkiej Brytanii jestem od siedmiu lat. Na początku moją ambicją było wyłącznie prowadzenie biznesu. Nigdy nie myślałam, że zostanę też pisarką, lecz tak już bywa, gdy człowiek wciąż szuka czegoś nowego. Ale zacznijmy od biznesu. Mieszkając w Polsce, przymierzałam się do otworzenia przedszkola. Wierzyłam, że biznes przedszkolny z dobrym programem edukacyjno-artystycznym zawsze będzie miał odbiorców.

Niestety w Polsce nie udało mi się tego zrobić. Wykończyły mnie procedury i bezsensowne przepisy. Pomysł ten przez jakiś czas był uśpiony, a ja rzuciłam się w wir pracy projektowej i szkoleniowej. W międzyczasie urodziłam pierwsze dziecko i rozpoczęłam batalię z ZUS-em, który uznał, że nie należy mi się zasiłek macierzyński, ponieważ nie zapłaciłam składki zdrowotnej w terminie. Nie zapłaciłam jej, bo byłam w połogu. Odwoływałam się i przyznano mi ten zasiłek 3 miesiące później, ale do pracy i tak zmuszona byłam wrócić.

Pamiętam, jak pomiędzy szkoleniami odciągałam pokarm w łazience i rósł we mnie gniew. Dlatego gdy nadarzyła się okazja, aby otworzyć przedszkole w Wielkiej Brytanii, nie trzeba mnie było bardzo przekonywać.

Od czego zaczęłaś procedury?

W 2011 rozpoczęłam rejestrację childmindera. Musiałam zrobić odpowiednie kursy i posiadać lokal na prowadzenie biznesu. Proces trwał około cztery miesiące, a życie w UK kosztuje, dlatego zmuszona byłam iść do pracy. Zatrudniłam się w chyba najgorszej firmie w Coventry – na słynnych „bananach”. Z socjologiczną ciekawością przyglądałam się, jak traktuje się ludzi w fabryce, jak ustala się normy, którym są w stanie sprostać wyłącznie maszyny. Przepracowałam tam półtora miesiąca. Po spotkaniu z jadowitym pająkiem, który akurat zasnął w moim opakowaniu z bananami, i ze zwichniętym nadgarstkiem rzuciłam tę pracę i zostałam opiekunką socjalną. Tak przeczekałam cztery miesiące, zanim wystartowałam z przedszkolem.

Czym charakteryzuje się Twoja praca? Jak różni się ona od potocznie rozumianej „opieki nad dziećmi”?

Zajęcia prowadzę ze sporą dozą edukacji artystycznej, ponieważ sama tworzę. Dzięki sztuce dzieci mogą być sobą. W dzisiejszym świecie dzieci poddawane są nieustannej presji wymagań i ambicji rodziców. Moim celem jest edukacja, ale taka, która idzie w zgodzie z możliwościami i osobowością dzieci. Najcenniejsza jest dla mnie indywidualność, którą tak trudno obronić w grupie.

Edukacja przez sztukę daje dużo satysfakcji. Nauka matematyki może być przeprowadzona poprzez teatr kukiełkowy – liczyć można ślady stóp zostawionych na papierze. Kiedyś wymyślaliśmy krótkie bajki i ilustrowaliśmy je. Wtedy pierwszy raz pomyślałam, że chciałabym napisać książkę dla dzieci.

Nadszedł rok 2012. Byłam już w pełni wykwalifikowaną childminderką. Zaszłam w drugą ciążę i wtedy zaczęło mi znów czegoś brakować. Ten brytyjski świat był bezpieczny finansowo i stabilny, jednak moja artystyczna natura znowu zaczęła dawać o sobie znać.

Kliknij, by kupić na eBay!

I wtedy zaczęłaś pisać?

O dziwo – nie. Zaczęłam czytać, i to wręcz maniakalnie, jedną książkę za drugą. Poświęcałam na to dosłownie cały wolny czas. Gdy urodziła się moja córeczka, byłam tak przesiąknięta literaturą, że w końcu postanowiłam napisać książkę. Nie była to jednak książka dla dzieci. Napisałam Annę May, powieść o zagubionej, młodej dziewczynie, byłej modelce, która wraca do kraju pochodzenia i próbuje odnaleźć swojego ojca.

Książka powstawała ponad 2 lata. Poświęcałam pisaniu każdą wolną chwilę, kierowało mną niemożliwe i niemal nieracjonalne pragnienie kreacji. Skończyłam książkę i wysłałam pierwszy rozdział na portal literacki w oczekiwaniu na zachwyty.

Nie było zachwytów. Zjechano mnie.

Zniechęciło Cię to do pisania?

Na jakiś czas. Postanowiłam zostawić pisanie pisarzom. Trwało to jednak krótko, bo moja przyjaciółka przeczytała Annę May, która bardzo jej się spodobała. Odzyskałam motywację i wysłałam książkę na konkurs Literacki Debiut Roku. Potem zaczęłam pisać kolejną powieść – Joannę.

W ciągu sześciu miesięcy moja książka przechodziła do kolejnych etapów konkursu. W końcu zadzwoniono do mnie, aby mi powiedzieć, że Anna May pokonała ponad trzysta innych powieści i wygrała. Ja wygrałam.

To fantastyczne! Jak się z tym czułaś?

To był przełom, na który liczyłam. Każdy z nas jest w czymś dobry, a raczej jesteśmy dobrzy w wielu rzeczach. Ważne jest, aby znaleźć to coś, w czym się jest najlepszym. Można w końcu przestać szukać, bo nie trzeba już zgadywać, w którym kierunku powinno się rozwijać.

Przeszło Ci przez myśl, by porzucić childminding?

Na razie łączę oba światy. Piszę i prowadzę childminding, ale nie jestem gotowa, aby podjąć ostateczną decyzję, zwłaszcza że trudno jest żyć z pisania.

Czy uczysz tylko polskie dzieci?

Moja pierwsza grupa była w większości polska, choć były też dzieci z afrykańskich czy azjatyckich społeczności.

Polskim rodzicom zależy na tym, aby dzieci mówiły płynnie po polsku, cenią sobie zaufaną opiekę, możliwość nieskrępowanej rozmowy, elastyczność godzin opieki. Nadal polskie dzieci stanowią większość moich podopiecznych.

Miałaś jakieś trudności, kiedy zaczynałaś?

Najtrudniejsze było przestawienie się z komunikacji z dorosłymi na komunikację z małymi dziećmi. One wymagają cierpliwości, rozumienia języka niewerbalnego, emocjonalnego wsparcia. Edukacja odbywa się na zasadach dyktowanych przez potrzeby pierwsze: jedzenie i odpoczynek.

Bardzo trudno było mi dostosować program, który byłby efektywny, kiedy w grupie znajdowało się dziecko półtoraroczne i trzyletnie. Co więcej, regularnie do mojej grupy trafiają podopieczni, którzy wymagają szczególnej uwagi – dzieci z niewielkim stopniem autyzmu. Praca ta wymaga ode mnie ciągłego dokształcania.

Kliknij, by kupić na eBay!

Czy w tej chwili bardziej żyjesz childmindingiem czy swoją książką?

Trudno powiedzieć. Jestem rozerwana pomiędzy dwoma światami. Childminding to ważna praca. Dzieci, którymi się opiekuję, stają mi się bliskie, widzę ich postępy i sukcesy. Childminding to praca użyteczna, rodzice i dzieci potrzebują mnie. Z drugiej strony są moje książki i to też jest dla mnie ważne…

No właśnie – jak Ty to wszystko godzisz?

Nie udaje mi się to już. Pracuję nad książka, kiedy moje dzieci śpią. Jestem niemalże dwoma osobami w jednej. Przechodzę przez etap, w którym nie pozwalam swojej głowie porządnie odpocząć. Cały czas piszę. Znajomi już nie pytają, co będę robić w weekend, bo to oczywiste. Myślę, że życie samo doprowadzi mnie w końcu do tego wyboru. Mam nadzieję, że nastąpi to w miarę szybko, bo na dłuższą metę ten tryb życia nie zda egzaminu.

Nad czym pracujesz w tej chwili?

Tak jak wspominałam, chciałam napisać książkę dla dzieci i piszę ją. Malutka to opowieść o dziewczynce, która mieszka pod podłogą z myszką, a którą więzi dom. Marzę, aby była to książeczka ważna i mądra. Pierwsze ilustracje mojego autorstwa już powstały. Jestem wreszcie na etapie, na którym łączę wszystkie pasjonujące mnie dziedziny sztuki – pisanie i malarstwo. Po cichu i nieśmiało trzymam kciuki za Malutką. Chciałbym, aby moje książki zaczęły zarabiać na siebie. Wtedy chyba rzuciłabym wszystko.

Jaki sukces odniosła Twoja książka po konkursie na Literacki Debiut Roku?

Anna May sprzedawała się nieźle, ale nie zarobiłam na niej wiele. Polski pisarz zarabia między 10% a 15% na sprzedaży detalicznej swojej książki.

Konkurs przełożył się głównie na to, że zaczęłam pisać dalej i zaistniałam na rynku.

Brytyjski rynek wydaje mi się bardziej obiecujący i już się do niego przymierzam. Malutka będzie miała premierę w dwóch językach, po polsku i po angielsku.

Czy masz jakąś dobrą radę dla kobiet, które chciałyby zacząć rozwijać własny biznes lub twórczość?

Spróbować. Nie każdy biznes można otworzyć bez wkładu finansowego, ale kiedy pieniądze nie są przeszkodą, to tylko kwestia odwagi. Wolne zawody, w których człowiek jest sobie sam żeglarzem, sterem i okrętem – tak zwane „zawody marzeń” – wymagają wyłącznie Twojego zaangażowania. Moja dobra rada dla marzycieli – spróbujcie! Nie zawsze wszystko się udaje, ale nie próbując, nic nie zyskacie. Chwytajcie marzenia i zawsze dążcie do tego, by uczynić swoje życie lepszym. Najważniejsze to nie poddawać się w połowie drogi!

Z Agnieszką Opolską rozmawiała

Izabela Jutrzenka Trzebiatowska